O binge-watchingu tekst nieobiektywny

O binge-watchingu tekst nieobiektywny

Uzależnienie towarzyszy mi od końca lat 90. Będąc szczęśliwą posiadaczką własnego telewizora oraz magnetowidu, spędzałam nieprzyzwoitą liczbę godzin z moim najlepszymi „Przyjaciółmi”. W zaprzyjaźnionej wypożyczalni kaset wideo był jeden regał z serialami. A na nim kasety z początkowo jednym, później dwoma, a pod koniec mojej przygody z wypożyczalnią – aż czterema sezonami mojego ukochanego serialu „Friends” / „Przyjaciele”.  A gdy po pewnym czasie okazało się, że znam absolutnie wszystkie teksty pierwszych sezonów na pamięć, a co drugą wypożyczaną przeze mnie kasetą były odcinki tego właśnie serialu, zrozumiałam, że jestem uzależniona. Pomyślałam jednak, że jest tyle innych, o ileż bardziej destrukcyjnych nałogów (to były czasy premier „Trainspotting”, „Kiedy mężczyzna kocha kobietę”, „Co gryzie Gilberta Grape’a”, „Przetrwać w Nowym Jorku” czy chwilę później „Requiem dla snu”), iż uznałam, że wybrałam doskonały i najmniej zgubny z tych ogólnie dostępnych. I trzymam się go do dziś.

Kadr z filmu „Przetrwać w Nowym Jorku”

Ale objawy mogłam u siebie zdiagnozować znacznie wcześniej. Od czasów podstawówki (połowa lat 80.) oglądałam absolutnie wszystkie dostępne w naszej telewizji seriale, niezależnie od ich obiektywnej wartości. Znam więc doskonale zarówno „W Labiryncie”,  „Pokolenia” czy „Beverly Hills 90210”, ale też „Ostry dyżur”, „Przystanek Alaska” czy kultowe do dziś „Twin Peaks”. Niestety dostępna wówczas technologia uniemożliwiała takie zanurzenie się w nałogu, które spełniłoby definicję binge-watchingu. Co prawda pierwsze domowe magnetowidy pojawiły się w Stanach już pod koniec lat 70., ale początkowo na kasetach VHS wydawane były przede wszystkim filmy fabularne. Pierwsze telewizyjne serie czy seriale, które można było kupić, to wydana w połowie lat 80. animowana wersja „StarTreka”, ale fanowskie wydania seriali, które miały najbardziej zagorzałych miłośników, pojawiły się znacznie później. Zanim jednak przejdziemy do historii tego zjawiska, zastanówmy się, skąd wzięła się jego nazwa.

Czemu binge-waching?

Nie istnieje polska nazwa tego fenomenu, a angielskie tłumaczenie wprost też nie jest bardzo przydatne. Binge tłumaczone jest jako szał, obżarstwo, popijawa czy szaleństwo. Ale tu najważniejszy jest kontekst. W angielskim binge łączymy z eating (jedzeniem) lub drinking (piciem), co oznacza zachowania autodestrukcyjne. Bo nie chodzi bynajmniej o radosny szał jedzenia, lecz obsesyjne, kompulsywne obżarstwo lub w przypadku picia – niekontrolowane i szybkie spożycie dużych ilości alkoholu. Skąd więc takie skojarzenie tej, w mojej ocenie niezwykle przyjemnej, przypadłości? Bo jak się okazuje binge-watching ma sporo cech wspólnych z innymi uzależnieniami.

Grupa naukowców związana z Uniwersytetem Teksańskim w Austin przeprowadziła badania na grupie 316 młodych (18–29 lat) respondentów, które zaprezentowała na dorocznej Konferencji International Communication Association w San Juan w Puerto Rico w 2015[1].

Ustalili oni, że im bardziej samotni i depresyjni byli uczestnicy badania, tym bardziej stawali się podatni na binge-watching, bo pozwalało im ono wyrwać się z ich nie bardzo satysfakcjonującej rzeczywistości. Kolejną cechą wyróżniającą nałogowych „oglądaczy” była słaba kontrola własnych zachowań i brak silnej woli. To powodowało, że nie potrafili odmówić sobie kolejnego odcinka, tak samo jak alkoholicy nie potrafią odmówić sobie kolejnego drinka. Badania potwierdziły, że ludzie angażują się w uzależniające aktywności, by zapomnieć o swojej samotności i niepięknym otaczającym ich świecie. A wybór, czy dokonują tego przy pomocy alkoholu czy filmu, ma mniejsze znaczenie.

Mało optymistyczne te wnioski i nie bardzo odkrywcze, choć doskonale uzasadniają nazwę, jaką nadano temu zjawisku. Na pewno prawdą jest, że nieszczęśliwi ludzie mogą szukać pocieszenia w różnych uzależniających aktywnościach, ale nie potrafię się zgodzić, że ucieczka od rzeczywistości jest głównym powodem, dla którego spędzamy długie godziny, oglądając seriale.  Dla mnie znacznie trafniejszym określeniem, nieposiadającym negatywnych konotacji, jest używane przez niektórych marathon-viewing, bo też o ile przyjemniej być maratonką niż birbantką. Dziś już jednak binge-watching wszedł do języka na tyle skutecznie, że nie ma odwrotu. Niezależnie od mniej niż bardziej nobilitującej nazwy zjawisko jest coraz bardziej powszechne. Przyjrzyjmy się więc jego przyczynom.

Alternatywne powody binge-watchingu

Czy zjawisko to musi wynikać tylko z psychologicznych problemów widza, jak wskazały przywołane wcześniej badania? Bynajmniej! Legendarni amerykańscy badacze realizują się na szczęście na różnych uniwersytetach, robią inne badania i dochodzą do odmiennych wniosków.  Emil Steiner, który badał zjawisko binge-watchingu w ramach pracy doktorskiej na filadelfijskiej Tample University, wskazał 6 podstawowych powodów, dla których oddajemy się temu nałogowi[2]. I muszę przyznać, że wszystkie wymienione przez niego motywacje są w mojej ocenie bardzo trafne. Poniżej przedstawiam ich podsumowanie:

  1. Ulepszone doświadczenie (improved expierience) – oglądanie ulubionego serialu po kilka odcinków na raz pozwala lepiej zanurzyć się w filmowej rzeczywistości bohaterów, a przy okazji pozwala zapomnieć o realnym świecie wokół nas. Binge-watching daje także szanse lepiej zrozumieć intencje autora scenariusza, bo obecnie tworzone seriale najczęściej tworzą zamknięta historię nie w ramach jednego odcinka, a całego sezonu.
  2. Poczucie spełnienia (sense of completion) – spora grupa widzów ma nieodpartą ochotę, a czasem nawet przymus dokończenia historii, którą zaczęła poznawać. Trochę jak zagorzali czytelnicy, którzy potrafią zarwać niejedną noc, byle tylko doczytać powieść do końca, tak obsesyjni „oglądacze” nie potrafią oderwać się od ekranu do czasu poznania zakończenia, przynajmniej jednego sezonu… Choć z własnego doświadczenia wiem, że zakończenie sezonu może nie być wystarczającym argumentem, by wyłączyć telewizor.
  3. Poczucie wspólnoty (cultural inclusion) – odkąd oglądanie seriali stało się modne, równie popularne stało się towarzyskie dyskutowanie o nich. A brak własnego zdania o popularnym w danym momencie serialu boże być w pewnych kręgach kompromitujące. Widzowie z taką motywacją, chcąc „nadgonić” zaległości serialowe, są gotowi poświęcić kilka godzin, by być gotowym na kolejną dyskusję. Tego rodzaju binge-watchingu nie uprawiam. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do obejrzenia serialu, na który nie mam ochoty, niezależnie od społecznych konsekwencji. I tak do dziś nie obejrzałam nawet jednego odcinka kultowej „Gry o Tron”, a „Z Archiwum X” widziałam tylko kilka, złapanych przypadkiem w telewizji.
  4. Wygoda (convenience) – czyli powód, który do mnie „mówi” najbardziej. Możliwość oglądania tego, co chcę, kiedy chcę i gdzie chcę. Dzięki technologii ulubiony serial możemy dziś mieć ze sobą wszędzie: w domu, w podróży, w pracy (dla odważnych) czy na wakacjach. Będąc mamą, moje wakacje miały także serialowy wymiar. Gdy dzieciaki zostały rozdystrybuowane na kolonie czy do dziadków, zaczynały się moje wakacje. I nieważne, że chodziłam do pracy, po powrocie nie musiałam nic, a mogłam wszystko. A wszystko to było wówczas dla mnie nieograniczone oglądanie wszystkich serialowych premier od… poprzednich wakacji.
  5. Nadrabianie zaległości (catching up) – za chwilę premiera nowego sezonu, a poprzedni pamiętamy tak sobie. Lub wręcz przeciwnie – znamy doskonale, ale chcemy zanurzyć się ponownie w serialowym świecie, by kolejny sezon przyniósł nam jak najwięcej radości. Spędzamy więc kolejne godziny, oglądając znany już serial.
  6. Relaks i nostalgia (relaxation and nostalgia) – kolejny mój ulubiony typ binge-watchingu. Dotyczy głównie seriali wymagających mniej uważności, które możemy oglądać niejako w tle. Po raz kolejny. I jeszcze raz. To seriale, przy których doskonale można prasować, nadrabiać zaległości w kuchni czy porządkować. Znamy je na tyle dobrze, że nawet jeśli nie widzimy ekranu, doskonale wiemy, co na nim jest. Dla mnie to oczywiście przywołani na początku „Przyjaciele”, a autor badań podaje jako przykład nowojorski klasyczny sitcom „Seinfeld”.
Kadr z filmu „Przyjaciele”

Myślę, że każdy może wśród tych 6 przyczyn zidentyfikować te, dla których sam spędza długie godziny, oglądając ulubione seriale. A ile tych godzin kwalifikuje nas do grupy „binge-watcherów”?

Marna i realna definicja binge-watchingu

Słownik języka polskiego milczy na ten temat, sięgnijmy więc do najpopularniejszego amerykańskiego słownika Merriam-Webster[3]. Binge-watch to oglądanie wielu lub wszystkich odcinków serialu telewizyjnego w krótkich odstępach czasu. Amerykańska Wikipedia w swojej definicji tego zjawiska podaje bardziej precyzyjne wytyczne, opierające się na badaniach przeprowadzonych przez firmę „Netflix” w 2014 roku[4]. Tu binge-watching definiowany jest jako oglądanie od 2 do 6 lub więcej odcinków tego samego serialu z rzędu. Musze przyznać, że mnie i pewnie wielu innych binge-watcherów rozbawiło wskazanie, że wystarczą dwa odcinki, by o tym zjawisku mówić – szczególnie że definicja nie wskazuje długości odcinka. Bo czy dwa odcinki „Przyjaciół”, które w sumie trwają 40 min, można nazwać obsesyjnym oglądactwem? Moja osobista definicja musiałaby obejmować co najmniej jeden sezon i zarwaną noc, żeby nie powiedzieć weekend.  Ważnym elementem byłaby także jakość oglądanego serialu i swego rodzaju „kultowość”, która niejako uświęca tę aktywność i rozgrzesza widza. Bo przecież nikt nie będzie chwalił się, że zarwał noc, by nadrobić ostatnie 10 odcinków „M jak miłość”, ale chętnie opowie o swoich wielogodzinnych doświadczeniach z „Breaking Bad”. Zresztą zaproponowana przez Netflix definicja i te marne dwa odcinki wskazują jednoznacznie na swoistą modę na binge-watching i to, że z tym zjawiskiem chcą się identyfikować także ci, którzy zwyczajnie i zupełnie nieobsesyjnie oglądają seriale. Na kolejny istotny aspekt charakteryzujący tę formę oglądania zwróciła uwagę dr Mareike Jenner z Anglia Ruskin University[5]. Wg niej decydujące znaczenie ma tu intensywność doświadczenia, a nie jego długość. Sugeruje, że aby mówić o binge-watchingu, między oglądaną treścią a widzem musi powstać swoista więź. Binge-watcherzy identyfikują się z bohaterami lub wręcz przeciwnie – szczerze ich nienawidzą. Rozmawiają o ich motywacjach, wymieniają się spostrzeżeniami i przewidują dalszy rozwój wydarzeń. Dyskutują, cytują, komentują i żyją tymi serialowymi historiami jeszcze długo po zakończeniu sezonu. Trudno się nie zgodzić z tym założeniem. Próba wyłapania wszystkich powiązań między bohaterami i fabularnych niuansów „Prawa pięści”  wymaga sporej uważności widza oraz niejako „wymusza” binge-watching, bo pamięć jest zawodna i dłuższe przerwy między odcinkami mogą spowodować, że pewne kwestie nam uciekną. A skoro już tyle uwagi i czasu poświęcimy na oglądanie tego serialu na pewno będziemy chcieli się swoimi spostrzeżeniami podzielić ze światem. Myślę, że te przedstawione wyżej kryteria: jak długość oglądania, jakość zarówno samego serialu oraz naszej relacji z nim najlepiej definiują to stosunkowo nowe zjawisko. A kiedy to wszystko się zaczęło? Zapraszam na krótką lekcję historii binge-watchingu.

Krótka historia binge-watchingu

W polskiej Wikipedii znalazłam informację, że „początki zjawiska miały miejsce wraz z rozwojem ofert wideo na życzenie (VOD), w których jednak oglądanie poszczególnych odcinków serialu było możliwe dopiero po ich premierze telewizyjnej. Pierwszym serialem, którego sezony był udostępniane w całości, był House of Cards produkcji Netflix”[6]. Cóż, to nie do końca tak. Po pierwsze jak wspominałam na wstępie, ja od binge-watchingu uzależniłam się jeszcze pod koniec lat 90. Początek temu zjawisku dało nie VOD a pierwsze wydawane na VHS i DVD seriale, a to miało miejsce jeszcze w latach 80. Oczywiście nie wszystkie seriale spełniały binge-watchingową definicję jakości. Przełomem był niewątpliwie wydany w maju 2000 roku na DVD pierwszy sezon „Z Archiwum X”. Fani serialu do tej pory skazani na telewizyjne powtórki lub pojedyncze wydane na kasetach VHS odcinki mogli w końcu obejrzeć cały sezon bez niepotrzebnych przerw. Od tego czasu coraz więcej świetnych seriali trafiało do dystrybucji na DVD, a to zwiększało liczbę widzów oglądających za jednym razem całe sezony.

Kadr z filmu „Z Archiwum X”

Równolegle do fanowskich wydań seriali na DVD coraz prężniej rozwijaj się rynek VOD. Pierwsze serwisy udostepniające wideo na życzenie pojawiły się w Stanach Zjednoczonych już w połowie lat 90., ale nie mogły być one bardzo popularne ze względu na małą dostępność, słabą przepustowość i wysoką cenę Internetu. I wtedy na scenę wkroczył gracz, który zbudował modę na binge-watching. Istniejący od 1997 Netflix początkowo oferował usługę wypożyczania DVD przez Internet. Dziesięć lat później rozszerzył swoją ofertę o usługę VOD, w której udostępnił online 10 tysięcy tytułów z 90 tysięcy, które miał w swojej kolekcji. Dodatkowo w 2010 wprowadził abonamentowy system płatności za usługi i od tej pory klienci w ramach abonamentu mogli bez limitu oglądać filmy z oferty VOD i dodatkowo dwa na nośnikach DVD[7]. Te zmiany na pewno wpłynęły na sposób „konsumowania” seriali, ale tylko tych wcześniej dostępnych w telewizji, a dopiero po jakimś czasie wydanych na płytach. Największa zmiana nastąpiła w 2013 roku. W lutym tego roku miała miejsce premiera serialu „House of Cards”, ale nie sam skądinąd świetny serial zbudował modę na binge-watching. Tę zmianę zaprojektował sam Netflix  przy pomocy trzech nie bardzo wyszukanych, choć jak się później okazało niezwykle nowatorskich narzędzi. Po pierwsze wyprodukował zupełnie nowy serial (choć powstały na podstawie brytyjskiego miniserialu pod tym samym tytułem, o prawa do którego walczył z AMC i HBO) i wprowadził wszystkie odcinki jednego dnia. Po drugie konstrukcja scenariusza, niezamykająca fabuły w ramach jednego odcinka, dodatkowo prowokowała oglądanie kolejnego od razu. Po trzecie całości dopełniał niebywale prosty, fantastycznie skuteczny oraz jednocześnie uwielbiany i znienawidzony przez wszystkich binge-watcherów komunikat: „Kolejny odcinek rozpocznie się za … sekund”. Niestety nie udało mi się potwierdzić, czy ten szatański pomysł faktycznie funkcjonował od początku, ale dla nałogowych oglądaczy jak ja był on gwoździem do trumny zdrowego rozsądku. Konieczność zmiany DVD po 4–5 odcinkach wymuszała przynajmniej wstanie z kanapy i dawała szansę, że jednak zamiast do odtwarzacza skieruję swoje kroki do łazienki czy sypialni. Nie zawsze się udawało, ale zwykle maratony filmowe kończyłam w środku nocy. Od czasu Netflixa, przy sprzyjających okolicznościach (weekend) zdarza mi się zobaczyć wschód słońca za oknem. Czy binge-watching jako strategia jest dobra dla Netflixa? Jest doskonała! Przed „House of Cards” Netflix miał 33 miliony subskrybentów, dziś to 139 milionów i nadal rośnie![8] To swoiste perpetuum mobile. Jak wspominał w wywiadzie dla „Vulture” w czerwcu 2018 dyrektor odpowiedzialny w Netflix za treść (content): „więcej programów, więcej oglądania: więcej oglądania, więcej subskrypcji: więcej subskrypcji, więcej przychodów: więcej przychodów, więcej programów”[9].

Binge-watching dziś

Po ponad 6 latach od premiery „House of Cards” wielu miłośników seriali nie wyobraża sobie innej metody oglądania swoich ulubionych programów. Powstaje mnóstwo rankingów wskazujących, które seriale w danym roku najlepiej oglądały się w takiej właśnie formule. Co więcej, jeśli jakiś program udostępniany jest po odcinku tygodniowo widzowie gotowi są odroczyć przyjemność oglądania do czasu, aż dostępne będą wszystkie. Sama tę technikę stosowałam przy „The Good Place”, w którym fabuła w pewnym momencie zrobiła się na tyle skomplikowana, a moja pamięć na tyle zawodna, że oglądając kolejny odcinek dopiero po tygodniu nie dostrzegałam wszystkich smaczków i niuansów przedstawionej historii.

Niewątpliwie dziś binge-watching jest coraz bardziej popularny, głównie z powodu coraz większej mody na oglądanie skądinąd coraz lepszych seriali. I oczywiście nadal zdarzają się głosy uznanych filmoznawców, że takie oglądanie zabija magię kina, ale są one coraz rzadsze. Wybitny krytyk filmowy David Thomspon przez wiele lat związany z NYFF, autor kilkudziesięciu bardzo cenionych książek o filmie w ostatnim wydaniu magazynu Sight &Sound, napisał świetny (okładkowy) artykuł zatytułowany „In the belly of the binge”. Przyznaje w nim, że uwielbia spędzać godziny przed telewizorem oglądając seriale bez przerwy, niektóre nawet po kilka razy („Babylon Berlin”). Dla niego binge-watching jest „odpowiedzią na wieloletnie pragnienie, by przebić się w końcu przez granicę dwóch godzin i zaakceptować mijający czas, bez wyrzutów sumienia (…). To jak zamiast Dickensa ukazującego się co tydzień lub co miesiąc w odcinkach (bo tak była publikowana większość powieści) w odcinkach dostać od razu do ręki całą fantastyczną książkę”[10]. Jest to więc w jego ocenie naturalny kierunek rozwoju filmu, który należy zaakceptować.

W sieci znaleźć można ogromną liczbę rankingów wskazujących, jakie seriale najlepiej nadają się właśnie na maratony oglądania. Prawie na każdym pojawiają się takie tytuły jak „The Wire” / „Prawo ulicy”, „The Soprano’s” / „Rodzina Soprano”, „Game of Thrones” / „Gra o tron”, „Breaking Bad” czy „Mad Men”. Mój osobisty ranking serialowych maratonów, wcale nie przynoszących mi chwały, ale takich, przez które zarwałam nie jedną, nie tylko letnią noc, zawiera oprócz powyższych także takie tytuły jak: „Grey’s Anatomy” / „Chirurdzy” (pierwsze 8 sezonów), „Gilmore Girls”, „Suits”, „Friends” / „Przyjaciele”, „24h” / „24 godziny” i wiele innych mniej lub bardziej kompromitujących tytułów, ale w danym momencie życia przynoszących mi masę radości.

Kadr z filmu „Gilmore Girls”

I co dalej?

Za mało wiem, by móc przewidywać przyszłość filmu czy telewizji. Sam binge-watching na pewno będzie popularny, dopóki powstawać będą dobre seriale. Oby jak najdłużej, bo może to i nałóg, ale jakże przyjemny. I oczywiście nie wszystkie seriale trzeba tak oglądać, a niektórych nawet nie można („Black Mirror” czy „ Aftre life” , które są doskonałe, w mojej ocenie absolutnie nie nadają się do binge-watchingu), ale ogromnie się cieszę, że współczesna technologia umożliwia takie serialowe maratony. Zatem mimo ewidentnego uzależnienia, na odwyk się nie wybieram.

 

Przypisy

[1] „Feelings of loneliness and depression linked to binge-watching television” International Communication Association, January 26, 2015

[2] „Infrequently Asked Questions: Why do we binge-watch” by Brandon Baker, Philly Voice, July 27, 2016

[3] https://www.merriam-webster.com/dictionary/binge-watch (27.04.2019)

[4] https://en.wikipedia.org/wiki/Binge-watching (27.04.2019)

[5] „Binge-watching: Video-od-demand, quality TV and mainstreaming fandom” Mareike Jenner, International Journal of Cultural Studies, 2015

[6] https://pl.wikipedia.org/wiki/Binge-watching (27.04.2019)

[7] „Is this TVIV? On Netflix, TVIII and bige-watching” by Mareike Jenner, new media & socjety, 2014

[8] „Keep them watching” by James Bell, Sight&Sound, April 2019

[9] J.w.

[10] „In the belly of the binge” by David Thompson, Sight&Sound, April 2019

Ania Jóźwiak

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Post comment